|
|
wspomnienia
2007-01-28
|
|
|
Komentarzy:
2
|
|
2007-01-16
|
Garść
moich wspomnień
poniżej...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
2007-01-15
|
Wycinek z pamięci.
Może to mit, a może prawda .Wiele razy słyszałem to w opowieściach i czytałem jako dziecko w bajkach. Morałem był tam nakaz : bądź uczciwy, dobry, sprawiedliwy, szanuj ludzi starych i pomagaj im .Nie wiesz przecież , czy ten biedak lub kaleka nie jest posłańcem z nieba , który chce ciebie właśnie sprawdzić ,czy rzeczywiście jesteś chrześcijaninem i stosujesz się do tego , co w swych przypowieściach i naukach przekazał Jezus. Może bezmyślnie klepiesz pacierz , odmawiasz różaniec ,w kościele podajesz znak pokoju a w sercu masz obojętność lub nienawiść. Czy wiesz , czy pamiętasz o tym ,że gdyby trzeba było streścić w jednym jedynym zdaniu całą Jego naukę ,to byłoby to przykazanie miłości- miłuj bliźniego swego... Moja matka wierzyła , że życie uratowała jej modlitwa starej żydówki !Opowiadała mi o zdarzeniu z czasów wojny ,gdy byliśmy pod okupacją niemiecką i wtedy to obowiązywał kategoryczny zakaz udzielania pomocy Żydom.Za ukrywanie Żyda rozstrzeliwano całą rodzinę. W tym czasie w naszym miasteczku już ich właściwie nie było. Bo w 1942 roku zgromadzonych w takim przejściowym getcie na sołotwińskim rynku (tzn. naszych Żydów ,których tu przed wojną było sporo i innych z najbliższych wiosek i osad) i popędzono pieszo w skwarze lata poprzez Manasterczany ,Żuraki do getta w Stanisławowie. Końcowymi stacjami były miejsca zagłady tego narodu w Bełżcu , Treblince i Oswięcimiu. Tam ich wożono na zatracenie. Gdy przechodzili koło domu dziadka w Manasterczanach błagali o wodę .Ciocia Hela skończyła właśnie udój i podała wiaderko z mlekiem , ale konwojujący żandarm kopnął wiadro i mleko wylało się na drogę... My mieszkaliśmy w domu, który zbudował ojciec przy ulicy Kotlarewskiego. Była to wąska , a w czasie deszczu błotnista uliczka. Pewnego dnia mama usłyszała dochodzący z ulicy hałas , jakieś krzyki i ujadanie naszego psa- Luksa. Wyszła na podwórko i widzi ledwie wlokącą się kobietę , gonioną przez ukraińskich wyrostków. Ci rzucają kamieniami. Trafiają. Kobieta przewraca się , jest poobijana , głowa zakrwawiona. Mama wbiega na ulicę , krzyczy na napastników i odpędza ich. Podnosi kobietę , wciąga przez furtkę na podwórze i dalej do domu. Teraz kamienie spadają na dach... Kobieta jest starą ,wynędzniałą Żydówką, której udało się uniknąć deportacji. Gdzieś ukryła się ,ale odnaleźli ją dranie karmieni nienawiścią .Na plakatach rozwieszonych w miasteczku Żyd był tak paskudny, z krogulczym nosem, a poza tym był roznosicielem wszy i tyfusu! Goń Żyda, łap Żyda , zabij Żyda !- oto hasło i nakaz! A szumowin korzystających z takich okazji nie brakowało w żadnym narodzie .Historia daje tu wiele dowodów. Oprócz kart pięknych są i te parszywe, i wstydliwe... Kobieta jest obolała , poraniona , ma zakrwawioną głowę, szlocha. Mama pomaga się jej umyć, robi doraźny opatrunek. Daje jeść. Żydówka je i płacze. –„ Pani Sypieniowo, ja się za panią będę modlić ,żeby pani długo żyła i nigdy nie była głodna.- Na nas zaczęli ,ale na was będą kończyć...”Czas pokazał ,że miała rację. Mama otwiera drzwi na ulicę i nasłuchuje ,czy nie idą powiadomieni policjanci... Cisza...Na ulicy spokój. Nie przyszli.. Ukryta została gdzieś w komórce. Gdy wróciłem do domu, chyba od kuzyna, nic mi mama nie powiedziała .Dziecko mogło mimowolnie zdradzić kryjówkę .Przyszedł wieczór i noc, a rano już jej nie było. Zniknęła z kilkoma kromkami chleba... Mama dożyła prawie 95lat. Co najmniej dwa razy uszła z życiem ,niosąc w łonie drugie życie, można powiedzieć, że ocalała cudem! Ona w to święcie wierzyła! Mówiła mi z całym przekonaniem, z wilgotnymi oczami, jakby miała przed sobą tę nieszczęśliwą , sponiewieraną kobietę: - „Modlitwa tej starej Żydówki uratowała mi życie.” Czy na pewno Tej ?
Wrocław, 7.01.2001r Zbigniew Sypień.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
ziarnko piasku
2007-01-15
|
Ziarnko piasku Obraz tego miasteczka noszę w sercu. Nie jest to, co prawda, miasteczko mego urodzenia , ale tak właściwie to tu upłynęło moje dzieciństwo. Jeszcze kilka miesięcy przed moim tu przyjazdem z dawnych Kresów Rzeczpospolitej , było to niemieckie Reichenstein- (bogaty kamień). Bogacił ten „kamień” władców tych ziem- polskich, czeskich i niemieckich. Koniec straszliwej wojny w maju 1945 roku i zmiany granic spowodowały niespotykany od setek lat wymuszony eksodus ludności. To miasteczko o bogatej i długiej historii znowu stało się polskie. Nie wiadomo ,kim był , jak się nazywał pierwszy Polak , który tu dotarł . Czy zachwycił się niezwykłą urodą tej zupełnie niezniszczonej miejscowości. Może to był przymusowy robotnik, który musiał nosić winkiel z literką „P”. Może inny , jakiś w zniszczonym ubraniu i podartych butach , zwabiony tym ,że jest tu kopalnia złota i wreszcie chwyci kilof , i z błyszczącej ,złotej ściany wyrwie dla siebie kilka bryłek. Przybywali inni z wszystkich stron Polski za pracą. Pojawił się pierwszy nauczyciel , pierwszy ksiądz , pierwszy lekarz i pierwszy fryzjer. Pierwsza lekcja w polskiej szkole. Pierwszy mecz na pochyłej jeszcze płycie boiska do piłki nożnej. Pierwszy faul i pierwsza bramka dla KS „Arsen.” Pierwszy pochówek w nowej, cmentarnej ziemi. I pierwsza kłótnia , i wyzwiska między rodakami tych zza Buga z tymi z centralnej Polski. Takie tam „Kargulowo- Pawlakowe” kłótnie. Kopnięty w kostkę ,sfaulowany zawodnik wykrzyczał w złości : „Ty Ukraińcu !” lub – „Ty Kajzaku”! Nawet nazwa miasteczka jak w jakiejś bitwie , przechodziła „z rąk do rąk” nim stała się Złotym Stokiem. Rodziła się nowa społeczność. Dziś , gdy tu przyjeżdżam na Wszystkich Świętych na grób mego Ojca na starym cmentarzu ,i na groby moich rówieśników (bo czas ucieka) - na nowym , widzę jak wiele zmieniło się w tym , moim miasteczku. Wyrasta coraz to nowe ,dorodne pokolenie. Czy to nowe pokolenie wie , jak rodziła się tu polskość. Starzy ludzie odchodzą i mogliby przekazać garść informacji. Może u burmistrza jest jakaś księga-kronika, a może ktoś inny spisał już szczegółowe dzieje – dla potomnych. Cieszy praca Jurka Tichanowicza ,który z kolegą opracowali historię tego miasta. Może burmistrz zwoła przez internet starych -obecnych i byłych mieszkańców ,którzy opowiedzą ,jak to na początku było i tę powojenną historię rozwiną . Wymieszała się pięknie ta krew od „Kajzaków i Ukraińców” , co widać po urodzie nowego pokolenia. Czy może nie być smaczny obiad z barszczem ukraińskim i kluskami śląskimi z poznańską golonką ? Może ! Panie kelner- repete!!! Aha! Dlaczego ziarnko piasku? Bo takie malutkie ziarenko moich wspomnień chcę tu dołączyć. Może ktoś doda następne... zsypien@ksiazka.net.pl
Zbigniew Sypień
Wrocław,2 XI 2006r.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Porucznik Kostecki - opowiadanie
2007-01-15
|
Porucznik
Wrocław. Cmentarz grabiszyński. Kompania honorowa , orkiestra, sztandary. Aleją cmentarną idzie żałobny kondukt. A kogoż to odprowadzają? Pewnie generała , a może co najmniej pułkownika.. Nie! To tylko pogrzeb zwykłego porucznika - kombatanta. Różni są wprawdzie kombatanci. Są tacy ,co przeszli bojowy szlak znad Oki do Berlina , tacy co z Andersem zdobywali Monte Cassino, ale i tacy , co prochu nie wąchali , walczyli w nieistniejących pułkach ,a potem bezwstydnie ,bez żadnych zasług , piersi wypinali po medale. Powiedział ktoś, że im dalej od wojny , tym więcej „ kombatantów”! Czym zasłużył się właśnie ten ,że chowają Go z taką pompą? On ,Karol Kazimierz Kostecki, mógłby swoim prawdziwym kombatanctwem obdzielić kilkunastu innych. Co o Nim wiem ? – Właściwie niewiele. Nie mogę powiedzieć ,że był moim kolegą . Nie był też bliskim przyjacielem .Dzieliła nas zbyt duża różnica wieku .Szanowaliśmy się wzajemnie. Lubił mnie i chętnie o swoich przeżyciach opowiadał. Pracowaliśmy w jednej instytucji , w zespole szkół , gdzie był zastępcą dyrektora ds. administracyjnych, a ja kierownikiem wydziału.( Mieliśmy mądrego szefa i niezły kierowniczy kolektyw, który w większości , bo takie były czasy, był „ czerwony” , ale jak ta rzodkiewka - w środku” biały”. Nie tylko nie czynił Mu wstrętów ,ale jak czas pokazał- pozwolił wszystkim pracownikom szkoły, mimo wtyczek UB, możliwie bezboleśnie przejść gorączkę połączoną z euforią powstania szkolnej Solidarności i potem traumy Stanu Wojennego). Siedzieliśmy na cotygodniowych naradach. On i ja - bezpartyjni. Miał do mnie zaufanie. Wiedział ,że to , co mówi pozostanie między nami. Miał jakiś wewnętrzny lęk. Nie czuł się całkiem bezpieczny. Przecież z więzienia wyszedł na fali odwilży, tylko jakby na przepustkę, na leczenie. Nadal działała bezpieka , choć pod innym szyldem. On, który tak” dokuczył” powojennej władzy, że siedział pod celą z wyrokiem śmierci! Nie mam ,niestety, zbyt dobrej pamięci. A przecież fragmenty jego wspomnień utkwiły mi w niej o tyle ,że mogę tu , na tych kartach, po wielu latach, napisać: - Przed wojną skończył chyba Seminarium Nauczycielskie i podchorążówkę. Na manewrach, jak wspomina, dowodził plutonem. W ciężkim, wielogodzinnym marszu pomagał swoim żołnierzom. On , oficer, podłączał się i w coraz innej swojej drużynie pomagał nieść ciężki karabin maszynowy. Lubili Go żołnierze , a jego pluton ,ku zazdrości innych oficerów, osiągał doskonale wyniki. W wojsku było w tym czasie wielu niepiśmiennych chłopów. Uczył ich czytania i pisania. Nie pozwolił też swoim kapralom wyżywać się na rekrutach. Myślę, że nie każdy człowiek może być dobrym oficerem ,nauczycielem czy księdzem. Do pewnych funkcji trzeba się urodzić, mieć ,że tak powiem, dar- iskrę Bożą. Jak czas pokaże ,On taki dar miał. Wybuchła wojna .Jego jednostka broni przeprawy przez Narew. Przez kilka dni odpierają pancerny zagon gen. Guderiana, nacierający ze strony Prus Wschodnich. To tam, w punktach oporu „Wizna”, zwanymi polskimi Termopilami , wierny swej przysiędze ,że się nie podda, walczy do końca i ostatecznie wysadza się w bunkrze , w powietrze kpt .Regnis. - Może to był jego dowódca? Reduta nie dostaje wsparcia i ostatecznie pada. Części obrońców udaje się przedostać do gen.Kleberga i walczyć dalej. Hitlerowska machina wojenna z niesamowitą przewagą czołgów i samolotów , mimo niezwykle ofiarnej obrony polskiego żołnierza ,zalewa kraj. Dochodzi też drugi cios -radziecki „cios w plecy”! Wróg staje na przedpolach stolicy. I tu , przed nacierającymi Niemcami , bronią też Warszawy cekaemy Kosteckiego. Wstrzymują jak mogą , nacierających. Nagle żołnierze dostrzegają, że ich dowódca pada. To postrzał od niemieckiego snajpera ,który wziął go na muszkę. Kula o centymetry mija kręgosłup . Ranny przekazuje dowodzenie .- Zaraz do was wrócę- mówi... Sanitariusze odnoszą Go na punkt opatrunkowy. Już nie mógł wrócić...Szpital, operacja, walka o życie... Warszawa pod nawałą bomb i pocisków ,bez odsieczy , kapituluje. Wraże oddziały zajmują stolicę. Hitler odbiera zwycięską defiladę. Nie pomogli nam nasi sprzymierzeńcy- Anglicy i Francuzi. Nie chcieli „ umierać za Gdańsk”. Pozwolili by Hitler mógł się uzbroić ,zająć Nadrenię, Austrię i Czechy. Niedługo Francja – mocarstwo - dostanie baty i będzie błagać o zawieszenie broni. A Polska w nierównej walce została pokonana i podzielona, zgodnie ze znanym układem Ribentrop - Mołotow. Okupanci zabierają się do robienia porządków na zajętych przez siebie obszarach .Różnie traktowani są polscy jeńcy wojenni. Los tych na wschodzie –tysięcy oficerów okaże się tragiczny. Niemcy –jeńców oficerów -zamykają w Oflagach . Kostecki jest oficerem ,ale jest ciężko ranny. Oflag musi poczekać. Leczenie trwa długo i w jakiś sposób udaje mu się podleczonemu z tego szpitala uciec. Przedostaje się w okolice Narola. To miejscowość na wschodzie Polski .Organizuje się tam partyzantka. Zostaje dowódcą oddziału Armii Krajowej. Broni skutecznie Polaków przed napadami banderowców , którzy w co najmniej dziwny sposób walczyli o wolność Ukrainy, wyrzynając sąsiadów -Polaków. Współpracuje z radziecką partyzantką przeciw Niemcom. W 1944 roku przez te tereny przewala się front, odsłaniając Bełżec, Oświęcim i inne miejsca zagłady. Na ostrzach radzieckich bagnetów powstaje nowy Rząd - całkowicie zależny od woli Stalina. Rząd RP w Londynie jest nie uznawany od czasu ujawnienia przez Niemców zbrodni w Katyniu.( Upłynie prawie pół wieku nim się Moskwa do tej zbrodni przyzna !) Wreszcie w maju 1945 r. kończy się wojna. Rozwiązuje swój oddział Kostecki. Nie będziemy przecież walczyć przeciw Polsce- mówi do żołnierzy.-Jaka ta Polska jest , to jest ,ale Polska. Ale ci, co się ujawnili i oddali broń, zostają aresztowani. Nie ma dla nich miejsca w tej Polsce. Zostają wyrzuceni poza nawias społeczeństwa. Mają dylemat : więzienie czy las. AK- zapluty karzeł reakcji –mówią plakaty. Szaleje Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, instruowany przez oficerów radzieckiego NKWD. Aresztowania, tortury ,wyroki. Jak to jest, panie komendancie ,pytają jego podwładni? Co to za Polska , która tak nam dziękuje za naszą walkę i krew? Wracają pod jego komendę. Jest to już nie AK, może Organizacja „Nie” lub chyba oddział WiN-u. Będą walczyć o wolność i niepodległość Polski. Pomścimy tych katowanych i mordowanych w ubeckich kazamatach. Wiedzą, zakały jakiej nacji, choć straszliwie przez holokaust zmasakrowanej, kierują głównie tym nienawistnym Urzędem- i tu często w tej walce nie ma- „ zmiłuj się”. Jakby na to nie patrzeć, jest to walka bratobójcza. Wobec przewagi liczebnej milicji i KBW jest to też walka straceńcza. Ale walczą ! Śmierć za śmierć. Panie Zbysiu- mówił do mnie ,nie ma pan pojęcia, jaką ja miałem wtedy władzę...Karał na swoim terenie bandytów , którzy napadali i rabowali chłopów. Rozbijał partyjne komitety. Uwolnił swoich aresztowanych chłopców w jednej z brawurowych akcji. Dopiekał nienawistnej, narzuconej władzy. Trzeba przypomnieć , że w czerwcu 1945r. odbył się w Moskwie proces bezprawnie sądzonych i osądzonych 16. Przywódców Polski Podziemnej , zagarniętych podstępem przez NKWD , niby do rozmów. W takich to tragicznych czasach działał WiN . ( Historyczny osąd tych i innych poczynań różnych grup WiN-u , np.”Ognia” na Podhalu, nie jest do dziś jednoznaczny). Teren Narola idealnie nadawał się do walk partyzanckich. Tu , jeszcze długo po wojnie, działa UPA. Ścieżki ich z konieczności się krzyżują. Walczą ze sobą, ale i są ścigani przez KBW. Dochodzi do przypadkowej rozmowy z jakimś wyższym dowódcą upowskim. Kostecki pyta: „Dlaczego tak bestialsko mordujecie Polaków?” Ten odpowiada: -„ Żeby się świat o nas dowiedział”(!) Taka partyzantka zbyt długo trwać nie może. Pętla obławy zaciskała się .Oddział topnieje. Za Kosteckiego , który tak dokuczył nowej władzy wyznaczono nagrodę. I nadszedł taki dzień, że oto zupełnie przypadkiem „Kostek” dostaje się w łapy bezpieki. Jeszcze nie wiedzą, kogo zgarnęli...Ale ten stan nie trwa długo. Przesłuchania, tortury , świadkowie i już wiadomo z kim mają „przyjemność”...Dochodzi po pewnym czasie do rozprawy sądowej. Na procesie na jego korzyść zeznaje nawet dowódca partyzantki radzieckiej , z którym prowadził dywersję na tyłach frontu. Nie pomogło...Jest wyrok:- Czapa! Tylko czapa!- czyli kara śmierci! Nie wiem , nie pamiętam, kiedy mi to opowiadał ,w którym to roku dostał ten wyrok. I ile z tym wyrokiem przesiedział pod celą .Wiem tylko ,że po jakimś czasie zamieniono mu ten wyrok na 10 lat więzienia .Siedział chyba we Wronkach. Ciężkie więzienie, ciężkie warunki. Byle jakie jedzenie, nikłe porcje ,często nadpsute. Za namową jakiegoś starego więźnia, zatykał nos i połykał ,co dawali. Żołądek mu się skurczył . Ten wysoki mężczyzna schudł kilkanaście kilogramów. Można powiedzieć ,że została z niego skóra i kości. Ale nawet, gdy z jakiejś okazji dano dokładkę ,nie brał . Nie dostawali książek ani gazet . Aby wypełnić czymś czas , łebkiem szpilki wypolerował na błysk zaśniedziałą cynową czy aluminiową miednicę. Cele były wtedy przepełnione, siedziało wielu „wrogów ludu”. By nie myśleć o wolności , rodzinie , o jedzeniu, za jego to namową, tę przerażającą , więzienną nudę zaczęto wypełniać szkoleniem (!). Codziennie inny więzień mówił o swoim zawodzie i jego tajnikach. Jak siedział dekarz , uczył jak się kryje dachy. Leśnik- o sadzeniu drzew. Młynarz o młynie i rodzajach mąki. Nawet „doliniarz, bo polityczni siedzieli razem z kryminalistami , pouczył jak nie dać się „ oskubać”. Tylko piekarzowi zaraz przerwano ,bo od tego opowiadania „ rozszedł się” jakby zapach świeżego chleba ,a to było dla nich nie do zniesienia...Raz jeden klawisz w przypływie szczerości powiedział: „Ja jestem głupi chłop ,ale w celach siedzą i ksiądz, i profesor, i inni mądrzy ludzie. Czy to możliwe, by oni wszyscy się mylili i nie mieli racji”. Widocznie jednak nie mieli! Bo kto miał władzę , miał i rację! Sfingowane procesy, wymuszane torturami zeznania i wysokie wyroki , oraz te ciche ,nocne pochówki – takie to były podłe czasy .Nie wiem, ile lat przesiedział w więzieniu. Wyszedł schorowany na przepustkę, chyba na fali gomułkowskiej odwilży w 1956roku.Do więzienia już nie wrócił. Nie mógł długo znaleźć pracy. Wreszcie ją dostał - jako palacz w kotłowni przy internacie szkoły przyzakładowej. Tu władzy szkodzić nie mógł. Ale mógł już teraz swobodniej pluć krwią zmieszaną z węglowym pyłem. Im dalej od śmierci Stalina , tym reżim chwilowo , bo chwilowo łagodniał. Część „czerwonych” różowiała. Można było jakby lżej oddychać. Los mu się nieco odmienił. Skończył zaoczne studia .Dostał inną pracę. Ktoś wkrótce docenił jego zdolności i nie bez trudności awansował. Pracowaliśmy razem przez kilkanaście lat ,aż do Jego przejścia na emeryturę. Był doskonałym i cenionym pracownikiem, świetnym organizatorem. Brak mu było przez tyle lat zieleni, to wokół terenu nowej szkoły przy ul. Braniborskiej zasadził wiele drzew i krzewów. Drzewa te pięknie już wyrosły. Pamiętam, że ktoś nocą ściął przed świętami Bożego Narodzenia czub zasadzonej przez Niego jodełki- na choinkę- i została tylko u dołu jedna, żywa gałązka. On tę gałązkę tak pielęgnował ,że z powrotem, rok po roku nabrała właściwego kształtu jodły. Dziś jest już duża. To taka pamiątka po nim. Prosiłem , by spisał swoje wspomnienia. Podobno zaczął pisać. Odszedł na wieczną wartę dn. 14 I 1998r. Leży pochowany na polu nr 55 .W pobliżu przepływa Ślęża i cicho Mu szumi ;gdzieś hen, daleko stąd szumią inne rzeki, jak Narew , Brda i Tanwia , gdzie walczył. Szumią one o tragicznych wojennych i powojennych zmaganiach Polaków , ich poświęceniu i bohaterstwie .Gdyby wykuto gdzieś na obelisku nazwiska bohaterów tych walk , powinno tam być też i nazwisko -por. Karola Kazimierza Kosteckiego (*27II 1917r +14 I 1998 r). A na dole obelisku , te znane , zmuszające do zadumy , słowa – „Przechodniu powiedz Polsce...” Czas pozacierał już nieco w mej pamięci daty , opowiedziane przez Niego przeżycia i wspomnienia Jego podwładnych – akowców ,którzy siwi, pochyleni już wiekiem , przyjechali z Narola i Lubaczowa i innych stron Polski, by oddać ostatni hołd swemu dowódcy. To , co usłyszałem i zapamiętałem ,pewnie nie wszystko , przekazuję potomnym. Wrocław 15 X 2006r. Zbigniew Sypień
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Opowiadanie pt,,Nasz Aptekarz"
2007-01-15
|
Nasz aptekarz. Było to dawno .Na pewno od tych ponurych czasów minęło ponad pół wieku Nie umiem powiedzieć dokładnie ,kiedy to się stało, byłem wtedy dzieckiem .Był to chyba rok 1942. Pamiętam, że było to w lecie. W krótkich spodenkach na szeleczkach, na bosaka, bawiłem się z moim kuzynem koło mostku na Młynówce ,tuż koło domu wujostwa Nowaków. I wtedy usłyszeliśmy pojedyncze wystrzały. Ktoś strzelał gdzieś w mieście. Tak na oko z pół kilometra od nas. Tych strzałów było kilka . To były pierwsze wystrzały , które słyszałem w życiu. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, kto i do kogo strzelał. Minęło wiele, wiele lat , gdy zupełnie przypadkowo w rozmowie z moją ciocią ,najmłodszą siostrą mojej mamy, dowiedziałem się , a były to wiadomości z „ pierwszej ręki”, co wtedy się stało i jaki dramat tam się rozegrał... A było to tak: W Sołotwinie ,gdzie mieszkaliśmy ,było przed wojną dużo Żydów .Można powiedzieć , że było to spokojne, galicyjskie miasteczko polsko-ukraińsko-żydowskie .Oprócz wymienionych nacji żyły tu mniej lub bardziej spolonizowane rodziny austriackie , niemieckie, słowackie i inne. Ten narodowościowy konglomerat, to pozostałość po rozpadzie w 1918r. cesarstwa austro-węgierskiego ,gdy Polska wróciła na mapę Europy; to niedawni jeszcze poddani dobrotliwego cesarza Franciszka-Józefa. W tym malutkim miasteczku były cztery świątynie , po jednej dla każdego wyznania. Życie toczyło się spokojnie, bez jakichkolwiek waśni religijnych. Nasz ksiądz proboszcz z rabinem uprzejmie się sobie kłaniali( choć może w duchu jeden myślał, dlaczego ten drugi gardzi pyszną ,wieprzową szyneczką, drugi zaś -dlaczego ten pierwszy męczy się w celibacie).Z perspektywy półwiecza staram się odtworzyć jaki był stosunek naszej rodziny do Żydów w tym czasie. Mój – żaden. Jedynego Żyda ,którego pamiętam ,to brodaty Joszek , który furką zaprzężoną w ślepą kobyłę zajeżdżał na nasze podwórko i skupował stare szmaty. Po tej wizycie miałem glinianego kogutka i świergoląc na nim, zakłócałem ciszę. Ojciec szanował Żydów; chyba krótko terminował u Żyda –uczył się szewstwa do czasu ,aż go zabrali do austriackiego wojska, gdy wybuchła pierwsza światowa. Widział wiele wartości, choć inności w rodzinie żydowskiej, które warte by były do zaszczepienia w wielu polskich domach. Matka trochę zawiściła Żydom ich dobrej organizacji ,swojskiej samopomocy i umiejętności bogacenia się .Powtarzała zasłyszany slogan żydowski: „Wasze ulice ,nasze kamienice”. W innej zupełnie kwestii zapamiętałem szczególnie jej powiedzenie, gdy zobaczyła mocno „nieświeżego” rodaka - mówiła wtedy do mnie ,pedagogicznie ,jakby ze smutkiem:- „ A czy widział ktoś pijanego Żyda?”. Małżeństwa mieszane w naszym miasteczku były normalnością. Tylko Żydzi , żyjący w swoich gettach, nie mieszali swojej krwi; byli jak ten promień lasera ,który się nie rozprasza. Nosili w sercach mojżeszowe nakazy i wierzyli ,że któreś ich pokolenie wróci do Ziemi Obiecanej. Ci ,o których tu opowiem, nie doczekali nawet tego, by choć jeszcze jeden raz usiąść do świątecznego stołu przy szabasowych świecach...Czekać ich będzie tragiczny, jakże niesprawiedliwy los. Kto mógł przypuszczać ,że w 20 lat po zakończeniu straszliwej, okupionej milionami ofiar pierwszej wojny światowej, znajdzie się ktoś, kto bez skrupułów i cynicznie, ogłupiając swój cywilizowany i wielki naród, wywoła następną; a czas pokaże, że jeszcze w skutkach tragiczniejszą! W tej nowej wojnie nie chodziło najeźdźcom tylko o zdobycie terytorium przeciwnika. Tu, z woli obsesyjnego Hitlera, z góry zaplanowano i z niemiecką dokładnością realizowano mordowanie całych narodów, uznawanych przez „uebermenschów” za podludzi; szczególnie i bezwzględnie – żydowskiego. W 1939 roku Polska napadnięta z dwóch stron, bez obiecanej pomocy, mimo bezgranicznie ofiarnej obrony polskiego żołnierza ,kapituluje. Czwarty rozbiór Polski został dokonany. Nasze tereny zajęli najpierw Ruscy, a w 1941 roku, gdy jeden okupant pogonił drugiego- Niemcy. Hitlerowcy rozpoczęli eksterminację Żydów prawie zaraz po wkroczeniu. Naszych sołotwińskich Żydów, po zebraniu ich w punkcie zbornym w rynku, popędzili pieszo , w skwarze lata , przez Manasterczany, Żuraki i dalej do getta w Stanisławowie; stamtąd – na zatracenie. Pozostawiono tylko aptekarza z rodziną. Nasz aptekarz był niezwykle życzliwym, przystępnym, sympatycznym człowiekiem , a poza tym bardzo urodziwym. Kobiety uważały , że szkoda takiej urody dla mężczyzny. Jego żona, na odmianę, specjalnie urodą nie grzeszyła. Mieli dwie córki. Starsza -Rela , podobna była do matki, młodsza -Nusia ,która przed wojną była spikerką Radia Lwów- do ojca. Moja ciocia ,która mi poniższą historię opowiedziała , mieszkała u swojej siostry, już zamężnej, w Nadwórnej ; pracowała tu jako telefonistka na centralce w jakimś urzędzie administrującym naftą i gazem ,wydobywanymi w nieodległym Bitkowie. Jej zmienniczka dowiedziała się od kogoś znajomego w Zarządzie Miasta ,że będzie jechał samochód do Sołotwiny - dobra okazja dla cioci, by odwiedzić swoich starych rodziców , którzy mieszkali w Manasterczanach, bliziutko Sołotwiny. Ciocia ,wtedy młodziutka, śliczna blondynka, czekała w umówionym przez koleżankę miejscu na samochód. Ten podjechał , zatrzymał się ,ciocia wsiadła. I tu pierwsza niespodzianka...W aucie ,oprócz kierowcy , siedziało dwóch gestapowców(!) ”Dżentelmeni”- w tym jeden Ślązak umiejący mówić po polsku ,zaczęli umilać sobie podróż rozmową z piękną kobietą o tak aryjskiej urodzie. Ciocia była spięta i stremowana. Ale czekała ją jeszcze druga, straszliwa niespodzianka...Taka , od której włosy stanęły jej na głowie... Ten Ślązak zapytał, czy ona wie , po co oni jadą do Sołotwiny ?- Powiedział, śmiejąc się, że jadą wykończyć ostatnich Żydów. Ciocia wiedziała o kogo chodzi. Rozpaczliwie szukała sposobu jak ostrzec , jak uratować Zusmanów bez narażania własnego życia i życia rodziny...(tylko w okupowanej Polsce za pomoc Żydom stawiano pod ścianę całą rodzinę) .Przecież Zusmanów znała, z jedną z ich córek chodziła do szkoły ,do tej samej klasy. A poza tym jaki wstyd, ona- Polka - wysiądzie z samochodu razem z gestapowcami, którzy przyjechali zamordować rodzinę aptekarzy .Co zrobić? Co zrobić? Jak pomóc , jak ostrzec – myślała... Do skołatanej głowy wpadł jej taki pomysł : W Sołotwinie miała gabinet dentystka z Nadwórnej -Fula Haber, też Żydówka ; u niej, jako asystentka, pracowała jedna z córek aptekarzy. Ciocia poprosiła o zatrzymanie samochodu na rogatkach miasteczka. Wysiadła. Samochód pojechał do centrum. Ciocia pobiegła do tej dentystki, ale niestety ,dosłownie przed chwilą Zusmanówna poszła do domu na obiad. Ostrzeżona dentystka natychmiast uciekła z miasta. Podobno przeżyła wojnę i jest w Izraelu. Ale Zusmanowie zasiedli już do ostatniego obiadu w życiu...Gestapowcy, w asyście ukraińskiej policji, wywlekli ich z domu i pognali na niedaleki żydowski cmentarz...Harmider i płacz kobiet ściągnął nielicznych gapiów ,którzy, jakby w żałobnym kondukcie, podążali z tyłu. W drodze kobiety prosiły o litość ,szczególnie młode dziewczyny- córki. Podobno aptekarz, domyślając dokąd ich prowadzą, chciał dać im cjankali- truciznę... Ale one miały jeszcze nadzieję, tę która w człowieku umiera ostatnia... Sam jej też nie połknął. Na tym kirkucie żydowskim, zwanym nie wiadomo czemu okopiskiem , na łagodnym zboczu góry Brody, dokończył się ostatni akt tej tragedii. Rozstrzeliwał ukraiński policjant...Tak zginęła rodzina naszych sołotwińskich aptekarzy i dodatkowo mały, żydowski chłopczyk ,który schronił się u nich -synek lekarza z Porohów – też wielkie zagrożenie dla III Rzeszy...
Wrocław ,dnia 21.01.2001r. Zbigniew Sypień
Córki Zusmanów:- starsza- Rachela( Rela) - młodsza –Tamara(Nusia).
Nie minie wiele czasu i sołotwiński rynek zaczerwieni się polską krwią. Tu ,w odwecie za zabicie niemieckiego żandarma (prowokacja ukraińska), zostanie rozstrzelanych 30. Polaków. 20 zakładników ze Stanisławowa i 10 mieszkańców Sołotwiny...Nie upłynie też zbyt wiele wody w naszej, sołotwińskiej Bystrzycy , gdy okupant hitlerowski kończył już ostateczne rozwiązywanie tzw.”kwesti żydowskiej”, zapłonęły polskie wsie ,poszły w ruch widły i siekiery, banderowcy spod znaku tryzuba rozpoczęli rozwiązywanie na swój sposób -„kwestii polskiej”... Współczując wszystkim ofiarom pogromów, mordów i wojen , myślę sobie, że Bóg ,którego wyobrażamy sobie jako sprawiedliwego i groźnego Starca z siwą brodą, wtedy , kiedy stwarzał Świat i człowieka z mułu i gliny ,chyba łyknął za dużo małmazji, bo jakież serce mu wetknął do piersi. Dziwne to serce, raz miękkie –pełne miłości i współczucia ,ale też twardniejące jak ta skała ,gdy Kain zabija brata, Abla. Historia świata to historia najazdów i wojen. Mordowano kiedyś pałką ,maczugą, dzidą i mieczem. Wymienię tu z pamięci i zupełnie wybiórczo: Izraelici z Arką Przymierza , przy dźwiękach trąb ,zdobywają Jerycho! Kartaginę i Jerozolimę burzą rzymskie legiony –nie pozostawiając kamienia na kamieniu. Ze Świątyni, ostoi Arki i świętych zwojów , ocaleje jedna tylko ściana- Ściana Płaczu. I tak dalej i dalej. Wojny, mord i pożoga .Weźmy tylko np. nasz wiek XX: los Guerniki , bombardowany przez V-1 i V-2 Londyn ,zagłodzony Leningrad, zniszczona do szczętu Warszawa, Norymberga, Drezno , Berlin i wiele innych miast , no i straszliwe grzyby atomowe nad Hiroszimą i Nagasaki. Co się zmieniło? Tylko broń jest inna- od trąb ,których dźwięki zburzyły mury Jerycha- broń jądrowa! Ale to nie koniec! W tajnych laboratoriach trwają prace -poszukuje się nowszych i skuteczniejszych sposobów, by zabijać więcej i szybciej! Gdzie jest jakaś tama? Gdzie był Bóg ? Czemu obojętnie patrzył , jak brat zabijał brata , i dlaczego cuchnąca woń dymów z oświęcimskich krematoriów nie drażniła Mu ,nawykłych do kadzidła, nozdrzy? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Cisza... Nikt nie odpowiada...Może tylko, gdzieś z oddali wieków , jakby wyjaśniające wszystko, a nadal przecież aktualne , wykrzyczane przez kogoś przysłowie: -„ Homo homini lupus”...
ZS
|
|
Komentarzy:
0
|
|
| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
Księga gości
|